Dziś fragment książki wyjątkowy, bo z bajki dla dzieci. „Bajka o czasie” Elizy Piotrowskiej dotyka czegoś tak ważnego, że życzę (przede wszystkim dzieciom i ich rodzicom, niż wydawnictwu i autorce) aby utwór ten gościł na listach bestsellerów przez wiele najbliższych dekad. Zamiast – lub przynajmniej obok – wielce pomysłowych (przyznaję), ale pustych hitów „literatury” dziecięcej w rodzaju „Naciśnij mnie” 🙂
Mało prawdopodobne, aby moje życzenie się spełniło, bo tej wydanej w 2009 roku książki obecnie nigdzie nie kupisz. Jeśli zainteresuje Cię poniższy fragment, pytaj o całość w swojej bibliotece 🙂
Poranek w Zegarowie Dolnym
W Zegarowie Dolnym brakowało wielu rzeczy. Nie było metra, kafejki internetowej, telefonów komórkowych ani multikina.
Ale jednej rzeczy było pod dostatkiem: CZASU.
Kiedy Hanka budziła się rano, najpierw przypominała sobie swój sen. Po co?
Po to, by móc go potem opowiedzieć swojej rodzinie. Bo sny są również po to. Miło było opowiadać i miło było też słuchać, bowiem u Hanki w domu panował taki zwyczaj, że przy śniadaniu każdy opowiadał swój sen: Hanka, Kuba, mama i tata.
Tylko Bobik nic nie mówił, ale nie dlatego, że nic mu się nie śniło, tylko dlatego, że był psem, a psy nie mówią Bobik potrafił za to pięknie słuchać. A to jest czasem ważniejsze, niż mówienie.
Hance śniła się dzisiaj ogromna plantacja kredek. Pan ogrodnik wytłumaczył jej, że kredki, podobnie jak śliwy, owocują jesienią, bo jesień to najbardziej kolorowa pora roku. Owocami kredek są piękne rysunki, podobne do tych, które robi Hanka.
Kubie śniły się dwa jeże. Przyszły do nich na obiad, bo w lesie oprócz omszałych szyszek, nie było już nic do jedzenie. Okazało się, że jeże były okropnymi obżartuchami. I do tego źle wychowanymi, bo bez pytania zjadły wszystkie pierogi i wypiły cały kompot. Ten najlepszy, czereśniowy!
tacie śniła się mam, że wyrosły jej skrzydła i że mogli dzięki temu podróżować po świecie wygodnie i bez wydatków. Wskakiwali do wielkiego wiklinowego kosza, a mama unosiła ich wszystkich w górę.
Mamie śniło się wielkie pranie. Pralce kręciło się w głowie i nie mogła wirować. Okazało się potem, że jest w ciąży i że niebawem urodzi siedem ślicznych, małych pralek. Mama postanowiła więc otworzyć pralnię.
Bobikowi śniła się chyba wielka pachnąca łąka, bo Hanka widziała jak przebierał łapkami i merdał ogonkiem. A może śniło mu się całkiem coś innego… Kto wie…
Jak się domyślacie, śniadania w Zegarowie Dolnym trwały zawsze bardzo długo…
Ale przecież należało wysłuchać każdego opowiadania, bo po pierwsze przerwać czyjeś opowiadanie w połowie, to tak jak wyjść z kina przed końcem filmu, a po drugie, przerywanie to bardzo brzydki zwyczaj. Zawsze powinien się znaleźć czas, żeby wysłuchać wszystkich. Na szczęście w Zegarowie Dolnym czasu było akurat pod dostatkiem.
Poza tym śniadania to bardzo ważny moment w życiu rodziny. To przecież wspólny początek dnia a z udanym początkiem dnia można zrobić mnóstwo fajnych rzeczy.
Dlatego mama i tata wychodzili do pracy z uśmiechem, podobnie jak Hanka i Kuba, którzy w doskonałych humorach podążali do szkoły.
Tylko Bobik się nie uśmiechał. Nie dlatego, że nie potrafił (psy mają przecież ogon do uśmiechania), ale dlatego, że zostawał sam w domu, a uśmiechać się jest milej do kogoś.
Poranek w Zegarowie Górnym
W Zegarowie Górnym było prawie wszystko: nowiutki supermarket, ogromne multikino, nowoczesna kafejka internetowa, a nawet metro. Każdy miał telefon komórkowy, drogi samochód i telewizor plazmowy.
Brakowało tylko jednej rzeczy: CZASU.
Jak to Benjamin Hoff w Tao Kubusia Puchatka zauważył: „Naprawdę przyjemnie jest pojechać gdzieś, gdzie nie ma urządzeń oszczędzających czas…”
Kiedy Hanka budziła się rano (a raczej wyrywał ją ze snu czerwony budził w kształcie pokemona), jej pierwszą myślą było, żeby móc pospać jeszcze pięć minut dłużej. Albo chociaż trzy.
Ale czerwony budzik w kształcie pokemona słyszał myśli Hanki i nie dawał za wygraną: dzwonił, póki Hanka nie wstała. (Było to bardzo kosztowny budzik. Mam sprezentowała go Hance na urodziny. Hanka wolałaby dostać jakąś ciekawą książkę, ale cóż było robić…)
Potem do pokoju Hanki wpadała mama.
– A ty jeszcze nie ubrana?! – wołała. – Dalej, dalej, czas ucieka!
Prawdę mówiąc, Hanka nigdy jeszcze nie widziała Uciekającego Czasu, ale skoro mama każdego dnia próbowała go dogonić, to przecież musiał istnieć. Może trudno było go zobaczyć, bo uciekał zbyt szybko, a może było go tak mało, że stawał się prawi niewidoczny…
A przecież trudno dogonić coś, czego nie widać. W każdym razie mamie się nie udawało.
Kiedy Hanka zdołała wreszcie wstać, umyć się i ubrać (wszystko w rekordowym tempie trzech minut i czterdziestu ośmiu sekund), biegła na śniadanie. Biegnąc zaoszczędzała dodatkowe trzydzieści sekund, które mogła potem przeznaczyć na rozmowę z mamą (oczywiście, jeśli mama w podobny sposób zaoszczędziła trzydzieści sekund dla niej).
Do śniadania zasiadali wszyscy: Hanka, Kuba, mama i tata. Hanka wyobrażała sobie, że jest jeszcze z nimi pies Bobik. Oczywiście w domu Hanki nie było psa, bo pies to ogromna strata czasu. Trzeba przygotowywać mu jedzenie, wychodzić z nim na spacer, a jak zachoruje, zawieźć do weterynarza.
– Co to, to nie – mówił tata. – Czas to pieniądz, a piec to strata czasu, a więc wydatek.
Śniadania w domu Hanki trwały bardzo krótko, choć mama twierdziła, że przez Kubę i Hankę i tak przeciągają się w nieskończoność. Wszyscy siedzieli przy jednym stole, ale nikt nic do siebie nie mówił, bo należało skupić się na jedzeniu. Można było jedynie rozmawiać o bardzo ważnych sprawach przez telefon komórkowy. Ale że ani Hanka, ani Kuba nie mieli telefonu, rozmawiali tylko rodzice.
Potem bardzo się denerwowali, że nie mogą nawet spokojnie zjeść śniadania. A potem denerwowali się z innych jeszcze powodów: że pada deszcz i zabrudzi auto, że Hanka ubrała bluzkę na lewą stronę, że Kuba twierdzi, że tak jest modnie.
A przecież wystarczyło wyłączyć telefon…
Po śniadaniu każdy ruszał w swoją stronę: mama i tata do pracy, a Hanka i Kuba do szkoły. Padał deszcze, wiał zimny wiatr i nikomu nie było do śmiechu. Tak zaczęty dzień nie wróżył niczego dobrego…
No i faktycznie – Hanka zarobiła jedynkę z polskiego, a Kuba z przyrody. Jedyną pociechą było, że rodzice późno wrócą z pracy i może uda się to jakoś zataić.
I tak to dalej idzie. Popołudnie, wieczór oraz noc w alternatywnych światach. Światach, których mieszkańców (i współtwórców zarazem) możesz mijać na ulicy. Bowiem Zegarowo Górne i Dolne to nie miejsca, lecz stany ducha. W którym z nich zamieszkujesz Ty (i Twoja rodzina)?
Książeczka Elizy Piotrowskiej jest wspaniała. Dlaczego nie czyta się jej w przedszkolu?
Nie bardzo mam się do czego doczepić. Nie podobają mi się ilustracje (mój syn stwierdził, że dzieci tutaj są „pulpetowate”), ale to kwestia raczej gustu. Niektórzy będą obrazkami zachwyceni. No, może kontrast między Zegarowem Dolnym a Górnym jest mało znaczący – ilustratorka mogłaby postarać się bardziej go zaznaczyć.
W treści znajduję dwa drobne niedopatrzenia, złe porównania. Złe, bo wg mnie niespójne z przekazem książki. Podczas opisu poranka w Zegarowie Dolnym pani Eliza napisała:
Ale przecież należało wysłuchać każdego opowiadania, bo po pierwsze przerwać czyjeś opowiadanie w połowie, to tak jak wyjść z kina przed końcem filmu.
W tej miejscowości nie ma kina, może nie ma nawet telewizora (a już z pewnością nie plazmowego). Inne porównanie byłoby stosowniejsze. Może: „to tak jak wstać od stołu z pustym brzuchem”? 🙂 „Jak przerwać czyjś sen w środku nocy”? Wiem, wiem… Muszą być jeszcze lepsze porównania…
Wieczór, również w Zegarowie Dolnym, zawiera takie zdanie:
Może niebo jest rozciągliwe jak guma do żucia?
A dlaczego nie jak guma? Po prostu guma? Przecież kilka stron wcześniej ze zgrozą przyglądaliśmy się jak dzieci w Zegarowie Górnym jedzą na obiad orzeszki ziemne oraz chipsy, będące takim samym symbolem życia Górnego jak guma do żucia lub fast-food…
W sielskiej rzeczywistości Zegarowa Dolnego widzę trzy, cztery rysy.
Rysa pierwsza. Dziewczyny przegrały w grę z chłopakami i popsuł im się nastrój. Jak go sobie polepszyły? Słodkim budyniem. Prosta droga do uzależnienia od cukru, może nawet do otyłej dorosłości, w której smutki zajada się ciasteczkami lub czekoladkami…
A przecież można było napisać tak:
Hanka i Zosia były na początku trochę nadąsane, ale potem mam zrobiła budyń
śmietankowy z malinamii dziewczynyodzyskały humor. skoncentrowały się na smaku. Śmietankowym. Malinowym.
Rysa druga. Hanka i Kuba kończą wieczór planami na jutrzejszy dzień. Co kto zrobi, kto jakie ma obowiązki. Hola, hola! Teraz czas na spokojny sen. Może jakaś medytacja? Modlitwa? (Zwłaszcza, że autorka napisała wiele religijnych książeczek dla dzieci). Lub przynajmniej słuchanie relaksującej muzyki? Lub po prostu słuchanie ciszy.
Wtedy dzieciaki będą miały lepszy, spokojniejszy, bardziej odświeżający sen, niż po tym, jak ich myśli gnają już do dnia jutrzejszego.
Rysa trzecia. Śniadanie będące rodzinnym spotkaniem towarzyskim. Wielu ludzi nie je śniadań. Na pewno nie po wstaniu z łóżka. Po prostu nie są wtedy jeszcze głodni (dlaczego mieliby czuć głód, zmęczeni snem?). Ja na przykład nie jem. Mój syn (zazwyczaj). A wielu ludzi je, bo taki jest nawyk. Nawet nie mieli czasu ani okazji podważyć tej tradycji, przyjrzeć się swoim ciało, czy rzeczywiście ich organizmy potrzebują tak wcześnie posiłku.
Dlaczego ta sielska rodzina nie porozmawia ze sobą przy filiżance herbaty (najlepiej bez teiny, kukicha lub bancha)? Przy szklance wody z miodem i cytryną? Moim zdaniem byłoby zdrowiej.
Jak mówi starożytne przysłowie „Nie żyje się po to, aby jeść, lecz je się po to, aby żyć”. Uczmy dzieci siadania do stołu nie w celach towarzyskich (szybką zapomną, czym jest głód i będą nieświadomie jadły, aby nasycić apetyt). Kiedy zaś chcemy porozmawiać, to po prostu rozmawiajmy.
Czy jeśli mąż i żona pieszczą się wzajemnie w sypialni, to korzystają z okazji, aby porozmawiać ze sobą, czy może koncentrują się raczej na pieszczotach? Tak jak w sypialni, tak i w jadalni: będziemy prowadzić konwersację, czy raczej pieścić zmysł smaku i zaspokajać głód pożywienia?
Rysę czwartą zachowam dla siebie. Jest jeszcze bardziej kontrowersyjna i trudna do zrozumienia dla wielu czytelników, a w dodatku jest drobna, więc co będę dziury w całym szukał.
Generalnie fajnie, że są takie książki dla dzieci. Mądre, inspirujące, poetyckie.



