Oto, co Kościół myśli o seksie. A skoro tak, to po co chrześcijaninowi tantra?
Poniżej rozdział TEMAT TABU – SEKS MAŁŻEŃSKI z książki “Nie bój się seksu, czyli kochaj i rób co chcesz”, która jest rozmową z zakonnikiem (!) Ksawerym Knotzem.
Sylwester Szefer: Istnieje wiele kolorowych pism poświęconych sprawom seksu, przy czym tematem tabu jest w nich akurat seks w małżeństwie. Przeważnie publikuje się teksty o seksie jakiejś pary, a nie męża i Żony…
Ojciec Ksawery: Więcej jest tam tematów tabu. Takie czasopismo chce być dla wszystkich: dla żon, kochanek, prostytutek. A wtedy już nie wiadomo, do kogo mówi, bo to są całkiem inne relacje. Podobnie zwracają się do mężczyzn: do tych, którzy zdradzają żony, którzy są wierni, którzy chcą sobie poużywać kobiety na jedną noc. Na jakim to musi być poziomie, żeby było dla wszystkich? Czy komukolwiek można w ten sposób pomóc?
Warto się zastanowić, jakie mamy dzisiaj tabu. Zwolennicy przekraczania tabu idą w kierunku pokazywania, że istnieją różne dziwne zachowania seksualne. W tym sensie przełamują tabu, bo kiedyś o tych zachowaniach się nie mówiło. Ich otwartość i cała ich postępowość załamuje się, gdy poruszamy takie tematy tabu jak pogłębienie rozumienia różnicy między mężczyzną a kobietą, tabu poznania swojej cielesności, rytmu płodności kobiety, czyli znajomość metod naturalnych. Nie mówi się za dużo o tym, co jest rzeczywiście istotne we współżyciu seksualnym: o miłości, jedności, więzi, oddaniu.
Kładzie się akcent na orgazm i na przyjemność, a nie na więź i jedność międzyludzką. Małżeństwo stało się tabu, zamiast o małżonkach mówi się o partnerach, żeby było ładnie dla wszystkich. A pomiędzy mężem a partnerem, żoną a partnerką jest jednak ogromna różnica jakościowa. Seks ma bardzo dużo tabu. To, o czym my rozmawiamy, to są dzisiaj jakieś niszowe sprawy.
Sylwester Szefer: Cały czas krążymy wokół jeszcze jednego tabu. Jest to temat, który, jak się wydaje się, nie ma związku z seksem. Chodzi mi o sakramentalny wymiar seksu. Sakrament popularnie rozumie się jako akt duchowy. Ludzie biorą udział w ceremonii ślubnej w kościele, przysięgają sobie miłość przed Bogiem. Jakie to ma przełożenie na ich życie seksualne?
Ojciec Ksawery: Wczoraj odwiedziła mnie pewna para, która żyje ze sobą ponad 12 lat, mają dwójkę dzieci, no i postanowili przyjąć sakrament małżeństwa. Mówią mi, że jeśli trzeba, to wezmą udział, tak jak wszystkie pary przed ślubem, w naukach przedmałżeńskich, ale może jednak lepiej w ich sytuacji z tego zrezygnować, bo wiadomo, że są ze sobą wiele lat, więc już wszystko wiedzą. Chcieliby po prostu tę swoją sytuację wreszcie uporządkować i wziąć kościelny ślub.
Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać i zapytałem ich, gdzie będą mogli dostrzec Pana Boga w małżeństwie po zawarciu sakramentu. Gdy chodzili kiedyś do sakramentu pojednania, to wiedzieli, że jak dostaną rozgrzeszenie, to znaczy, że Bóg przyszedł i przebaczył. Jak przystępowali do Komunii świętej, to też byli świadomi, że spotykają się z Panem Bogiem. Wiedzieli, że jednoczą się wtedy z Chrystusem, a jeśli się nie jednoczyli, to przez te ostatnie lata przeżywali jakieś cierpienie czy poczucie pustki.
Wszędzie, w każdym sakramencie potrafili wskazać bardzo konkretnie i precyzyjnie ten moment spotkania z Chrystusem. A gdy zapytałem ich: „A gdzie jest Bóg w sakramencie małżeństwa? Gdzie możecie Go rozpoznać, Jego przyjście, Jego zjednoczenie się z wami?” – nie wiedzieli.
Ja bardzo często pytam o to małżonków: „Gdzie jest Bóg w waszym małżeństwie, w jakim znaku przychodzi?”. Sakramenty to widzialne znaki niewidzialnej łaski – oto najbardziej klasyczna definicja. Sakramentalne przyjście Boga jest widzialne, On przychodzi w znaku rozpoznawalnym zmysłowo, jeśli oczywiście wierzymy, że właśnie wtedy Bóg przychodzi…
Różne odpowiedzi słyszałem na to pytanie: obrączka, stuła, podanie sobie rąk, przysięga. Małżonkowie kojarzą to przyjście Boga z liturgią, z kościołem. Jest w tym jakaś racja, ale ja się dalej ich pytam: „Gdzie w waszym życiu przychodzi? Nie tylko podczas ceremonii zaślubin, tylko konkretnie w waszym życiu codziennym. Sakrament małżeństwa to nie tylko te pół godziny spędzone w kościele, ale to jest całe wasze życie„.
Niewiele osób potrafi odpowiedzieć. Taka jest świadomość katolików, nie tylko w Polsce, myślę, że na całym świecie.
Niejeden ksiądz też ma problem, żeby na to pytanie odpowiedzieć, bo w seminarium miał wykłady z sakramentologii, ale sakrament małżeństwa nie był dogłębnie omawiany. Długo były wykładane „ważniejsze” sakramenty, a potem już nie było czasu na sakrament małżeństwa.
Efekt tego jest taki, że 90% katolików żyjących w małżeństwie nie umie świadomie żyć tym sakramentem, nie przeżywa swojego życia na poziomie wiary, na poziomie sakramentalnym. Nie wiedzą, jak mają to przeżywać, a sprawa jest szalenie prosta.
Bóg wciela się – ten nieznany, niewidoczny Bóg schodzi z nieba na ziemię i wciela się – w więź, w relację między małżonkami.
I kiedy małżonkowie okazują sobie miłość, czyli tworzą tę relację, budują więź, to wtedy Bóg do nich przychodzi. A więź budują wtedy, gdy wspólnie się modlą, kiedy rozmawiają ze sobą o różnych sprawach, nawet wtedy, kiedy się kłócą, bo trzeba się czasami kłócić i to jest dobre i potrzebne. A kiedy współżyją seksualnie, całują się i pieszczą, to tym bardziej tworzą ze sobą więź. Małżonków łączą wspólne wartości, wola trwania ze sobą, uczucia, które do siebie kierują, tęsknota za sobą, poczucie bliskości, przywiązanie, też impulsy ciała, czyli wszystkie te pragnienia seksualne skierowane ku sobie.
W tak rozumianą więź ludzką, obejmującą wszystkie obszary życia człowieka, łącznie z seksualnością, wciela się Chrystus. Można powiedzieć, że jeżeli Bóg jest w tej więzi między kobietą i mężczyzną, którzy się kochają, to w tym momencie kochają również Chrystusa. Jeżeli małżonkowie okazują sobie wzajemną miłość, to wtedy Pan Bóg okazuje im swoją miłość. To jest coś bardzo konkretnego i namacalnego.
Każdy mąż powinien wiedzieć, że gdy całuje żonę, to w tym momencie realizuje się sakrament małżeństwa, przychodzi Bóg. Ważne, aby nauczyć się odnosić wszystko do Pana Boga i mieć tę świadomość, że Bóg jest tutaj między nami – wtedy związek małżeński kobiety i mężczyzny staje się naprawdę święty i wyjątkowy. Znakiem sakramentalnym małżeństwa nie są więc obrączki.
Teraz można przeczytać w jakichś czasopismach, że ludzie mówią: „Po co nam się zaobrączkować? Co to da, że będziemy mieć obrączkę?”. A więc traktowanie sakramentu małżeństwa jako wydarzenia tylko zewnętrznego – obrączki, suknie ślubne, welony, garnitury.
I nawet ci ludzie mają rację, bo skoro obrączki nie mają wpływu na ich życie, to stają się bezużyteczne. Mogą dalej razem żyć, kochać się, a do tego nie jest im potrzebny żaden sakrament rozumiany tylko jako obrzęd legalizujący wspólne życie. Pomodlić się też mogą, bo bez sakramentu też można się modlić. Wielu ludzi, w tym także katolicy, wyobrażają sobie, że to obrączki są znakiem sakramentalnego przyjścia Pana Boga. A one są tylko symbolem jedności, tak samo ważnym jak świeczka na ołtarzu. Zawsze ładniej, jak świeczka na ołtarzu się świeci, ale bez niej Msza Św. może się odbyć.
Prawdziwy znak małżeństwa wyraża się w ciele, w cielesności.
Kobieta i mężczyzna, aby być sakramentalnymi małżonkami, stają, nie wirtualnie, ale fizycznie obok siebie, i zapraszają Jezusa na stałe do swojego związku. Dzieje się tak, gdy się modlą, są obok siebie, gdy rozmawiają – a w pełny sposób tworzą więź, gdy ze sobą współżyją. Żeby współżyć, trzeba być ze sobą cieleśnie. Nie da się tego robić przez komórkę czy nawet przez Skype’a z kamerą.
Ta cielesna obecność dwojga ludzi tworzy znak przyjścia Pana Boga. Gdy małżonkowie są cieleśnie ze sobą, budują więź, troszczą się o siebie, kochają się na wszystkie możliwe sposoby, to wtedy przychodzi do nich Bóg i realizuje się sakrament małżeństwa.
fragment: Nie bój się seksu, czyli kochaj i rób, co chcesz
autor: Ksawery Knotz, Sylwester Szefer




