A więc powiedziałam zgromadzonym na widowni ludziom, że podróż do wewnętrznego zamku wymaga modlitwy i łaski – nie zwykłej modlitwy w znaczeniu prośby lub powtarzania słów, lecz modlitwy, która odciąga naszą uwagę od zewnętrznych bodźców i pięciu zmysłów.
Słuchacze byli więcej niż pełni zapału i takim sposobem po raz pierwszy w swojej pracy poprowadziłam osiemset osób w dziewiczą podróż ku ich wewnętrznemu zamkowi.
W miarę jak kontynuowałam medytacyjne ćwiczenie wkraczania do zamku, atmosfera na sali zaczęła się zmieniać. Miałam wrażenie, jakby w jednej chwili wszyscy rozluźnili ramiona i przestali zaciskać szczęki.
Napięcie zniknęło i jego brak był wyczuwalny…
Rozumiem teraz, że zbiorowa modlitwa i otwarcie się na doświadczenie przyjmowania łaski stworzyło połączone pole łaski, pod którego wpływem powstała mistyczna atmosfera odpowiednia do uzdrawiania.
Pole łaski pojawia się wówczas, gdy ludzie zbierają się na wspólną modlitwę lub wspólnie robią coś dobrego, na przykład pomagają ofiarom klęsk lub katastrof.
W polu łaski można na przykład wyczuć brak negatywności i chociaż może to trwać krótko, poczucie, że jej nie ma, przypomina brak psychicznego napięcia, tak jakby łagodna, harmonijna bryza wypełniła pokój.
Wszystkich ogrania naturalny stan spokoju i choć nikt nie narzuca rytmu oddechu, ludzie w ciszy łączą się w jeden wspólny oddech.
Tak wygląda brak negatywności i rzadko ludzie wracają szybko z owego stanu wewnętrznego spokoju. Chcą pobyć w nim jak najdłużej nie dlatego, że rozpoznają w nim łaskę, lecz dlatego, że przez krótką chwilę są świadomi spokoju, którego sami nie mogą stworzyć, wywołać ani sobie wyobrazić. Jest to spokój, jakim zostali obdarowani i do jakiego pragną wracać.
Po tym ćwiczeniu mało kto chciał opuścić swoje miejsce, co w przypadku ośmiusetosobowej widowni jest nie lada wyczynem. Cisza na sali była nie taka zwyczajna, lecz kojąca i uzdrawiająca.
Wniknęła głęboko w zestresowane umysły i serca zgromadzonych ludzi. I dlatego właśnie chcieli pozostać w tym pełnym łaski milczeniu najdłużej, jak to było możliwe.
W końcu musiałam zacząć podpisywać książki, więc podziękowałam wszystkim, opuściłam scenę i podeszłam do stołu.
Setki ludzi stanęły w kolejce po dedykację. Nigdy nie mogę porozmawiać ze wszystkimi, chociaż bardzo bym chciała, bo jestem ogromnie wdzięczna za każde spotkanie.
Ponieważ większość osób, które kupiły książkę, chcą mi coś powiedzieć albo zadać pytanie, na spotkaniach jest zawsze obecny swego rodzaju „zły glina” – ktoś, kto delikatnie zachęca ludzi, aby przechodzili dalej.
Czyli chciałabym porozmawiać ze wszystkimi, ale ustawiam pana, który będzie ich poganiał, abym przypadkiem za długo nie porozmawiała. Ach, to amerykańskie definiowanie celów życiowych 😉
Tamtego wieczoru, kiedy już prawie skończyłam podpisywanie, podeszła do mnie z tyłu kobieta. Jakimś sposobem udało jej się ominąć czujną ochronę. Zbliżyła się i powiedziała:
– Przez dwadzieścia lat cierpiałam na przewlekły ból w ramionach, w plecach i w dłoniach. Przez cały ten czas ból nigdy nie mijał. Nie wiem co mi się właśnie przydarzyło ani jak to się stało, ale ból zniknął, a ja w jakiś sposób wiem, że na zawsze. Pomyślałam, że chciałaby pani o tym wiedzieć.
autor: Caroline Myss
fragment: Na przekór grawitacji




