Lao-tsy powiada: „Mętna woda, jeśli postoi, stanie się czysta.”
Pewien lekarz udzielił osobliwej porady swemu pacjentowi, agresywnemu, przebojowemu przedsiębiorcy. Mówił on z podnieceniem o nawale pracy, którą musi wykonać, i o tym, że musi ona być zrobiona natychmiast, bo jak nie, to…
– Co wieczór zabieram do domu aktówkę wypchaną rzeczami do zrobienia – powiedział nerwowym tonem.
– Dlaczego zabiera pan pracę do domu na wieczór? – zapytał lekarz spokojnie.
– Bo muszę ją zrobić – odparł tamten ze złością.
– Czy nikt inny nie może tego zrobić albo chociaż pomóc panu? – zapytał lekarz.
– Nie – warknął tamten. – Tylko ja mogę to wszystko zrobić. To musi być wykonane dobrze, a tylko ja mogę zrobić to tak, jak trzeba. Poza tym należy to szybko skończyć. Wszystko opiera się na mnie.
– Jeśli wypiszę panu receptę, czy zastosuje się pan do niej? – zapytał lekarz.
Wierzcie lub nie wierzcie, ale recepta brzmiała następująco:
Pacjent miał wziąć dwie wolne godziny podczas każdego dnia pracy i pójść na długi spacer. Ponadto miał postarać się o pół dnia wolnego co tydzień i spędzić ten czas na cmentarzu.
Wprawiło go to w osłupienie:
– Dlaczego miałbym spędzać pół dnia na cmentarzu?
-Dlatego – odpowiedział lekarz – że chcę, aby pan pospacerował i popatrzył na nagrobki tych, którzy są tam na stałe. Chcę, żeby pan pomyślał o tym, że wielu z nich znalazło się tam dlatego, że byli przekonani, podobnie jak pan, że cały świat spoczywa na ich barkach. Proszę rozważyć, że kiedy i pan znajdzie się tam na stałe, świat będzie się toczył dalej tak samo i choć jest pan ważny, inni będą wykonywać pracę, którą teraz bierze pan na siebie. Proponuję, żeby pan usiadł na jednym z grobów i powtarzał to zdanie:
„Bo tysiąc lat w Twoich oczach jest jak wczorajszy dzień, który minął, niby straż nocna.” (Księga Psalmów 90, 4)
Pacjent zrozumiał. Zwolnił tempo. Nauczył się przekazywać innym odpowiedzialne zadania. Osiągnął właściwą ocenę własnej ważności. Przestał się irytować. Uspokoił się. I, dodajmy, pracuje teraz wydajniej. Wprowadził nową organizację pracy i przyznaje, że jego przedsiębiorstwo lepiej prosperuje.
Skoro ptak wstaje w ten sposób, tak jakoś powoli i na luzie…
Inny znany przedsiębiorca cierpiał z powodu nieustannego napięcia; jego umysł znajdował się w stanie ciągłego gorączkowego podniecenia. Jak sam to opisał, „każdego ranka wyskakiwał z łóżka i natychmiast ruszał na najwyższych obrotach. Tak się śpieszył, że na śniadanie jadł zawsze jajka na miękko, bo najszybciej sieje połyka.”
To mordercze tempo sprawiało, że już koło południa był wykończony. Każdej nocy walił się na łóżko w stanie kompletnego wyczerpania.
Tak się składa, że jego dom stoi w zagajniku. Któregoś dnia wcześnie rano nie mógł już spać, wstał i usiadł przy oknie. Zainteresował go widok ptaka, który właśnie budził się ze snu.
Zauważył, że ptak spał z głową schowaną pod skrzydłem, otulony nastroszonymi piórkami. Kiedy się obudził, wysunął dziób spod skrzydeł, rozejrzał się sennie dookoła, wyciągnął jedną nogę na całą długość, jednocześnie rozpościerając skrzydło tak, że okryło tę nogę jakby wachlarzem. Potem podwinął nogę, złożył skrzydło i powtórzył tę samą operację z drugą nogą i skrzydłem, po czym znów schował głowę w pióra na rozkoszną krótką drzemkę.
Po chwili głowa znów się pojawiła. Tym razem ptak rozejrzał się z zainteresowaniem, odrzucił łebek do tyłu, jeszcze raz rozprostował obie nogi i skrzydła, i wreszcie rozpoczął pieśń: melodyjną, przejmującą pieśń chwalącą nowy dzień. Śpiewając zeskoczył z gałęzi, napił się łyk zimnej wody i zaczął się rozglądać za pożywieniem.
Mój znerwicowany przyjaciel powiedział sobie: „Skoro ptak wstaje w ten sposób, tak jakoś powoli i na luzie, czemu i ja nie miałbym tak zaczynać dnia?”
I naprawdę zrobił wszystko tak samo, łącznie ze śpiewem, przy czym zauważył, że piosenka miała szczególnie dobroczynne, wyzwalające działanie.
– Nie umiem śpiewać – opowiadał chichocząc – ale ćwiczyłem spokojne siedzenie na krześle i śpiewanie. Śpiewałem głównie hymny i wesołe piosenki. Wyobraź sobie, ja i śpiew, ale naprawdę to robiłem. Moja żona myślała, że postradałem zmysły.
Jedyna przewaga, jaką miałem nad ptakiem, to ta, że się też trochę modliłem.
Potem, tak jak ten ptak, miałem ochotę coś zjeść, i to coś dobrego – jajka na bekonie. Zjadłem je sobie powolutku.
Potem poszedłem do pracy w swobodnym nastroju. Pomogło mi to zacząć dzień bez napięcia i przeżyć go spokojnie, bez nerwów.
(…)
Przyhamuj, bo to na czym ci naprawdę zależy poczeka na ciebie, jeśli będziesz do tego dążył bez stresu i napięcia. Jeśli postępując pod przewodnictwem Boga i w Jego spokojnym, niespiesznym tempie, nie osiągniesz tego, to widać tak miało być i tak jest lepiej.
książka: Moc pozytywnego myślenia
autor: Norman Vincent Peale




